środa, 29 sierpnia 2018

Mielno


Odkąd pamiętam, zawsze wolałam góry. Może to kwestia tego, że średnio mnie jara leżenie plackiem na plaży i opalanie mojego choćby nie wiem jak bladego ryjca, żeby kilka miesięcy później wszystko poszło się jebać. Wiadomo, jak dobra ekipa to i tu i tu jest spoko. Z rodzinką, góry to jak dla mnie must have.
No ale, skoro już wybrałam się do tego super imprezowego, podjeżdżającego glonami, chociaż klimatycznego miasta, Mielna i jakoś tak całkiem mi się spodobało, to kilka słów z siebie wyduszę.
Nie chcę cały czas pisać postów w tej samej formie, także wykminiłam, że będzie to lista pozytywów i negatywów. Dobra byki, zaczynamyy.

CO MI SIĘ PODOBAŁO?
-Wszystkie te oklepane budki z miśkami, strzelnicami i kebsami. Tak, jest tego od cholery, ale Mielno bez nich nie było by takie samo.
- Życie nocne. Chyba nie byłam w Polsce w bardziej żywym mieście nadmorskim. Wieczorem dzieje się tam wszystko.
- Przystojni ratownicy. Kurde, nie mogłam o tym nie wspomnieć.
- Cały ten klimacik, raczej mało prestiżowy, ale za to taki sielski, czuć polskie morze jednak.
- Codziennie gofry, gofryy. Uwielbiam.
- Spacerki rankiem wzdłuż morza i bieganie po piasku. I zapach karmelowego popcornu.
- Wszyscy mają na ciebie wywalone, bo są albo nachlani, albo męczą się z kacem.
- Foka przy plaży. Fajna była, no co.

A CO MNIE WKURWIŁO?
- Plaża zagracona jakby przeszło stado barbarzyńców, nie wspominając nawet o WC [*]
- O wschodzie przy morzu roi się od sebiksów wracających z klubu i zagadujących do ciebie. Zresztą plaża o tej porze w ogóle wygląda jak obraz nędzy.
- Pary w morzu udające incognito.
- Cóż, momentami Mielno wygląda jak jeden wielki pub i taka też jest atmosfera.

Tak podsumowując, to zalety jednak przeważają, także polecam. Dobre miejsce na wyjazd ze znajomymi, szczególnie jeśli jesteście imprezowymi świrami. Ale najpierw zaopatrzcie się w gaz pieprzowy.
Cheers!

środa, 15 sierpnia 2018

Szczyrk


Właśnie siedziałam w karczmie na malutkim skrzyżowaniu, niedaleko skoczni. Świeczki płonęły, w uszach dudniła jakaś śmieszna góralska piosenka. Obok mnie opalony, uśmiechnięty kelner czeka na zamówienie. Trochę sobie postoi, bo właśnie wpadłam w wir rozkminy, a z niego prędko się wydostać nie łatwo. 
Myślałam o tym jak cholernie wdzięczna jestem Bogu za to, że mogę stać w tym miejscu i patrzeć na to wszystko. Bo zawsze ciągnęło mnie do wielkich przygód, dalekich krajów, a tymczasem cały mały wielki świat stał przede mną otworem. I stoi. 
Siedziałam na zwykłej, drewnianej ławce w nie do końca prestiżowej restauracji, aczkolwiek tak klimatycznej, że czułam się jak w jakimś Tbilisi, wyjęta z artykułu Travelera, którego tak zawzięcie przeglądam. I chyba dotarł do mnie cały sens takiego podróżowania, a przynajmniej mój sens. Wolność w kierowaniu życiem. Kilka dni żywej satysfakcji z robienia czegoś wartościowego, bez marnowania czasu. Szczególnie wyczuwalnych w zakwasach na drugi dzień po zdobywaniu szczytów, kiedy leżysz plackiem na wygodniusim łóżku obżerając się czekoladą, aż tu z łazienki słyszysz: ,,Ej Monia, idziemy na tenisa?". Dupa boli na samą myśl, ale jesteś dzielna, bo chociaż raz w roku chcesz się poczuć jak sportowy świr.
No a drugim moim sensem zostaje jedzenie, ale to już temat na osobny post.



Z kolei widząc jak dużo osób jest w pięknych, egzotycznych miejscach i marnuje cały ich potencjał leżąc cały dzień na plaży, aż krew mnie zalewa. Wiem wiem, każdy podróżuje jak chce, nie będę nikogo oceniać. Dla mnie nawet dzień poza domem ma zdecydowanie za mało godzin. Ale ja dostaję podróżniczego ADHD, a to już inna sprawa.
Że ludzie nie doceniają tego co mają, też inna sprawa. Mi chyba musiał ktoś cicho uzmysłowić, że życie jak w Madrycie można wieść niekoniecznie w Hiszpanii.
Patrzę po rozświetlonych ulicach, salach weselnych (kurde, oni się tu chajtają codziennie), neonach klubów nocnych. Przede mną samochód z hawajską girlandą zawieszoną o lusterko. Co ciekawe, codziennie widuję go przy sklepie z wódkami regionalnymi. Gość widać bardzo lubi mocne trunki. Jeszcze chwilę przyglądam się temu obrazowi, żeby na długo zapisać go w pamięci.
-Pstrąga proszę!

środa, 4 lipca 2018

Listy - z czym to się je?


Aloha kochani.
Zgadnijcie co nadeszło? No co? Klapa na Mundialu? To też.
Wakacjee!
Skoro mam teraz więcej czasu, moja oldschooowa dusza ma szansę przejąć na moment tego bloga i trochę was pomęczyć. Mianowicie dzisiaj mam dla was nowe hobby, coś, czego prawdopodobnie nigdy jeszcze nie robiliście, a koniecznie musicie spróbować. Myśleliście kiedyś o listach?
Nie jakichś durnych czatach, emailach, ale prawdziwych, pisanych na kartce, jeszcze pachnących listach tradycyjnych? Super alternatywa, szczególnie że zostają na zawsze, nie giną w otchłaniach internetu i można do nich zawsze wrócić. Kto wie, może z milion lat będą materiałem dowodowym dla kosmitów? Ale jeśli to was nie przekonuje, zawsze można użyć argumentu, że to ciekawa okazja do poznania nowych ludzi. Samo to wyczekiwanie na list dłuży się niemiłosiernie, ale za to jaką frajdę robi. Nie, to nie żadna staroświeckość, to tylko czysty vintage. Strasznie ubolewam nad tym, że ten cholernie fajny zwyczaj kompletnie wyszedł z użycia. Rozumiem, XXI wiek rządzi się swoimi prawami, ale kurde, dopóki się nie spróbuje, to nawet się nie wie, co się traci. Ale od czego mamy blogerów.

Jak znaleźć ,,listowego" partera?

Najprostsza rzecz na świecie. Na Facebooku jest pełno grupek, można znaleźć kogoś z Polski, jak i z zagranicy. Osobiście (jeśli chodzi o Polskę) polecam grupkę ,,Przyjaciele z listów"- jest super.
Zawsze możecie pisać na mój email- nigdy nie pogardzę B).

Pierwszy list

Jeśli chodzi o mnie to jest on zawsze zdecydowanie najdłuższy. Nic nie poradzę, jestem tą pierdzieloną egoistką i lubię pisać o sobie. Właśnie, bo pierwszy list to ma być takie przedstawienie siebie, tego, co lubicie i czym się interesujecie. Ważne żeby był on taki żywiołowy, opisujący was w 100%, bo jednak inaczej się poznaje kogoś na żywo, inaczej na fejsie, a w listach to już w ogóle. Najtrudniej zawsze jest zacząć, ale później słowotok płynie niczym Wisła.

O czym pisać?

O czym dusza zapragnie, właściwie. O szkole, wyjazdach, głupich historiach z życia. Ja najczęściej wybieram to trzecie, bo w moim życiorysie przypały niezmiennie królują. Fajnie jest wymieniać się przemyśleniami na temat książek, filmów, muzyki. Możliwości jest wiele. Najważniejsze żeby pisać ciekawie, zainteresować osobę po drugiej stronie. Chociaż fakt jest taki, że nawet o pierdołach fajnie się czyta. Bo to listy, heloł.
Nie zapominajcie o pytaniach do partnera, bo przecież ludzie najbardziej lubią myśleć i pisać o sobie.
Fajnie jest też postarać się o ciekawy wygląd listu, może ozdobić kopertę i ogólnie włożyć w to trochę serca.

Czy sam list wystarczy?

Na moje oko- pewnie że tak. Skoro jednak jest tak dużo możliwości, zawsze staram się coś dodać. To może być jakaś herbata w saszetce (moja ulubiona), kartka, zdjęcie, suszone kwiaty. Można z tym trochę popłynąć. Zawsze miło jest dostać jakiś mały prezencik.

No, jeśli zachęciłam chociaż jedną osobę do pielęgnowania tego zwyczaju, to naprawdę super. Są wakacje, w końcu warto próbować nowych rzeczy.

Cheers!

czwartek, 14 czerwca 2018

Brakuje nam autentyczności


Wygrzebuję się z jeszcze ciepłej po nocy kołdry, w apartamencie w samym środku LA. Schodzę na dół, gdzie już czeka na mnie kubek pachnącej kawy. Niebo błękitne, ptaki świergoczą, muzyka gra. Dziecko szczęścia, skazane na sukces, niczym z obrazka. Brakuje tylko kolejnego zdjęcia na Instagrama.
 #lifegoals#dreamscometrue#lifeisbeautiful
Znacie to uczucie? Bez obaw, ja też nie. Ale założę się, że większość z was chociaż raz myślała właśnie o takim życiu. Zaryzykowałabym nawet stwierdzeniem, że przynajmniej połowa cicho dąży do takiej przyszłości. Gdzieś daleko, w ciepłych krajach, bez zmartwień i z niewyczerpaną ilością hajsu.
Zapytacie co ja pierdzielę, no bo w sumie co w tym złego? Ano absolutnie nic. Nie chcę wam wmawiać, że nie warto dążyć do bogactwa, sławy, bo na stówę naczytaliście się już od groma tego typu postów. Zresztą wychodzę z założenia, że każdy szczęście znajduje gdzieś indziej, jeden w prywatnym basenie przy willi, a drugi przy paczce lojalnych przyjaciół.
Nie będę się też zbytnio rozwodzić nad tym, jak to ludzie usilnie dążą do tego wyidealizowanego "szczęścia" nie doceniając tego, co mają, chociaż przyznaję, że to całkiem ciekawy temat.
Tak naprawdę chodzi, tylko i aż, o czystą autentyczność. O to, że ludzie gubią tak cholernie cenną cechę, udając kogoś kim nie są. Pokazują swoje "idealne" życie na Social Mediach, ale nawet w zwyczajnej rozmowie wyczuwasz jakie to życie  jest sztuczne, kreowane pod publikę. Te osoby tworzą wokół siebie wyobrażenie "co to nie oni", ale zamiast wzbudzać szacunek, odstraszają. To trochę smutne, że nagle każdy chce być jednocześnie kamerzystą, reżyserem i scenografem swojego życia. Ale tylko jak jest dobrze. Bo jak jest źle to zostawiają wodze komuś innemu.
Nie da się wszystkiego kontrolować. Jedno głupie zdjęcie, zmazany makeup na basenie czy bycie singlem wcale nie niszczy szans na szczęście, tylko dlatego, że nie wpisuje się w ten komercyjny wzór idealnego życia. Zamiast ślepo dążyć za celebrytami szalejącymi w jakimś Dubaju, stwórzcie własny Dubaj, choćby na jakimś zadupiu, jeśli na takim mieszkacie. Ja tylko apeluję, żeby przestać chorobliwie patrzeć na zdanie innych. To nie oni mają myśleć nad tym jakie to wysuwiste życie prowadzicie, nie kosztem waszej autentyczności. Tam gdzie zaczyna się wolność drugiego człowieka są granice naszej własnej wolności.
Nie zakrywajcie piegów i uśmiechajcie się nawet z krzywymi zębami, bo to najsłodsza rzecz na świecie. Zamiast na motocyklu jeździjcie na deskach, zamiast prywatnego basenu wybierzcie rzekę, zalew. Kurde, nie zamykajcie się na życie tylko dlatego, że nie urodziliście się milionerami i nie zachowujcie się jak pierwsze damy na herbatkaparty.
Nikt nie wygląda idealnie ani nie posiada nienagannych manier. Każdy z nas czasem ryknie śmiechem jak orka w okresie godowym, upierdzieli się żarciem albo wyląduje głową w piachu podczas gry w siatkę. I nawet jeśli robicie głupie zdjęcie z przyjaciółmi na insta, co z tego jeśli wychodzisz jak zombie. Wystarczy czasem zluzować gacie i nabrać trochę dystansu do siebie. 
Gdyby nie ludzkie pomyłki, z czego byśmy się śmiali?


* A korzystając z okazji, małe ogłoszonko parafialne. 
Szkoła się skończyła, wakacje nadchodzą a ja w ramach wyzwania chcę spotkać jak najwięcej nowych ludzi. Pytam więc tu, czy jest jakaś dobra duszyczka która chciałaby się poznać ;D? Pisać emaile, listy, jestem otwarta na sugestie :D. Adres znajdziecie po prawoo.
Kurna to zabrzmiało jak jakaś słaba oferta matrymonialna. Przepraszam.

poniedziałek, 21 maja 2018

Zanosi się na deszcz

Wstaję z nagrzanego od słońca łóżka, podchodzę do okna, lekko mrużę oczy. Jeden, dwa, trzy oddechy. Jak na ironię jest zupełnie bezwietrznie, życie płynie wolno. Zaciągam się tym spokojnym powietrzem, z nadzieją, że mi też się udzieli. Chyba coś w tym jest, bo na chwilę daję się ponieść nieświadomości. Stawiam krok poza granicę i gubię się we własnej percepcji. Stoję i myślę.
Nie wiem kim jestem, nie wiem dokąd zmierzam. Ale stoję z nadzieją, że Bóg pierdzielnie mi w twarz jakimś olśnieniem. Mam więcej pytań, więcej i więcej. Mój mózg produkuje je seryjnie i wrzuca w przepaść bez dna. Chaos narasta. Latają kartki, myśli, słowa. Niewypowiedziane.
Pragnienie życia kłóci się z rozumem. Idee roztrzaskane na malusieńkie kawałeczki.
Nie, tak łatwo się mnie nie pozbędziecie.
Mówią, myśl, kochaj, ciesz się. Żyj.
Układam własną wizję świata fragmentami zburzonej tożsamości. Nie wiem, gdzie kończy się moja osobowość a zaczyna wpływ innych. Mam cel. Tak bliski, a tak cholernie daleki. Przejeżdżam palcami po szorstkiej powierzchni okna. To nie może być takie trudne.
Wertuję własny katalog doświadczeń w poszukiwaniu odpowiedzi. Co robię źle? 
Nie znajduję.
Wciąż jestem.
Patrzę w przesłonione chmurami niebo, zabawnie kontrastujące z mętlikiem w mojej głowie. Zanosi się na deszcz. To dobrze, potrzebuję porządnej burzy. Nie wiem czy to początek czegoś wielkiego, czy porąbało mnie totalnie.
Szukajcie a znajdziecie, powiadają.
No to jazda.

czwartek, 3 maja 2018

Plaga coachingu


Na świecie są różne charyzmatyczne i inspirujące osoby. Do tego stopnia, że słowotok wypływa z nich niczym łzy Littlemonster dotykającej Biebera, a ty tylko słuchasz szczerząc się z podziwem i myślisz ,,kurna, ten to ma gadane". To właśnie takie osoby zostały stworzone po to, żeby nam przypominać o ruszeniu dupy sprzed Netflixa i zrobieniu czegoś bardziej pożytecznego dla ludzkości.
Ale oprócz nich są też miliardy osób całkiem innych, utalentowanych w przeróżnych dziedzinach. Tylko może niekoniecznie w motywowaniu.

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Człowiek.


Jest piękny niedzielny wieczór, godzina 19:59, a mnie nagle naszło na daleko idące rozkminy. Z tym że tym razem mój poziom bujania w obłokach sięgnął zenitu. W tym właśnie momencie siedzę z ciepłym kocykiem na balkonie, zastanawiając się nad Bóg wie czym. A referacik sobie trochę poleży. Mój kot chyba robi mi wyrzuty, bo wpatruje się we mnie badawczo. Pewnie wyczuł świra, kocia intuicja nigdy nie zawodzi.