piątek, 8 grudnia 2017

Festive mood ♥


 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Sama nie wiem czy zmotywował mnie ten śnieg, czy głos z czeluści mojego sumienia, ale who cares. Mamy grudzieeń!
Tak moi drodzy, jak widać klimat już mi się udziela. Cóż się dziwić, w końcu od tygodnia katuję świąteczną playlistę, filmy, nie wspominając nawet o znikających ze stołu mandarynkach. Wiedziałam co się kroi już po obejrzeniu nowych ,,Listów do M". (Swoją drogą, oglądaliście? Duet Dygant-Adamczyk przeszedł sam siebie, haha ;D). No lepszej pory na premierę nie udało im się wybrać.
Nie no, tak sobie tylko zrzędzę, bo tak naprawdę to się cieszę. W końcu w święta odwala mi jeszcze bardziej niż zazwyczaj. Nie wiem czego trzeba by było użyć, żeby zmazać mój uśmiech z ryjca. Chyba łopaty. I to takiej porządnej.
Z tego nadmiaru motywacji to nawet pomyślałam przez chwilę o Blogmas, no ale zrozumiałam, że to tylko chwilowy przyrost ambicji. Nie miejcie mi tego za złe, niestety systematyczność zdecydowanie nie jest moją mocną stroną. Ani troszeczkę. Za to postaram się wprowadzić tyle świątecznego klimatu, ile się będzie dało. Skoro i tak przygotowujemy się cały miesiąc do trzech dni, to jedziemy z rozmachem, a co!
#robimyświątecznyklimat #światełkachoinkiiinneduperele #blablabla
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
Jeśli chodzi o mnie, to jeszcze wyczekuję, aż w czasie szkolnej przerwy pierwszy raz wybrzmi ,,All I want for Christmas", a potem to już z górki. W tamtym roku dyrekcja wpadła na genialny pomysł postawienia na parterze pięciu choinek. Niestety nikt nie przewidział, że może być troszeczkę za mało miejsca. Wariactwo po prostu. Nie dość, że musisz się na co dzień użerać z hordami małp, to jeszcze w szkole dżungla. Nawet nie wiecie ile wysiłku kosztowało zwykłe dojście do sklepiku. Nie mówiąc już o stołówce.
A tak mimochodem, w tym roku kupiłam karteczki na obiady przed dziesiątym dniem miesiąca. Ktoś tu nareszcie doczekał się naleśników :3. Czekałam na ten moment całą wieczność i wiecie co? Spóźniłam się o dziesięć minut, zabrakło na pełną porcję, więc zostały mi tylko dwa. Ja tu haruję jak wół na chemii i co dostaję w zamian?! Dwa zimne naleśniki. Dzięki.
No ale jakby nie patrzeć, to liceum to wcale takie tragiczne nie jest. Cała ta "ciężka" biol-chemowa rzeczywistość jak na razie pozytywnie mnie zadziwia. I wiadomość dla tych wszystkich, którzy mówili że prędzej świnie zaczną latać niż mi się spodoba. W sumie to (uwaga!) jest fajnie.

Tak tylko dodatkowo napomknę, że ostatnimi czasy na nowo odkryłam istnienie poczty (Sowa geniusz). I że można to całkiem fajnie wykorzystać. Dokładnie tydzień temu *fanfary* wysłałam swoją pierwszą kartkę! Jaram się jak pochodnia.
A tak na marginesie, nie wiecie ile się czeka na zwykły list ekonomiczny? Wypatruję go już od zeszłej soboty i ani widu, ani słychu. Mam tylko nadzieję że nigdzie nie zaginął.
 
No nic, miejcie się na baczności, niedługo kolejny post ;D.
Cheers,



niedziela, 24 września 2017

Opowieść o dzieciństwie


Południe. Godzina 12:30. Małe, niebieskie krzesło na porośniętym winoroślą balkonie. Dziewczynka lubi ten balkon. Jest idealnym miejscem do zrzucania kolorowych piłek, kiedy nikt nie patrzy. A papierowe samoloty lecą stamtąd aż na drugi koniec podwórka.

Mała lubi też miękkie pufy w salonie. Można po nich skakać i udawać Hannah Montanę. Nie żeby szczególnie wiedziała jak to robić, w końcu w telewizji nie było Disney Channel. Na szczęście ma swój fioletowy mikrofon. Co ona by bez niego zrobiła, przecież uwielbia śpiewać, choć trochę się wstydzi. Ale po udanym koncercie mama zawsze bije brawo. To miłe.

Dziewczynka uwielbia pomagać w pieczeniu ciastek. Oblizuje każdą łyżkę i wytrwale pilnuje, żeby się nie spaliły. Lepiej chwilkę wcześniej niż później. Chociaż i tak najpierw musi ustąpić siostrze. Farciara, urodziła się później. Ale to nic. Dzięki niej mała wcale nie jest taka mała. Jest starsza. Bardziej i bardziej.

Ta dziewczynka ma słabość do pamiętników. Tych różowych, z kłódkami. Są takie urocze. Ale nie lubi, kiedy ktoś czyta je na głos. I nie lubi berka. Nie jest zbyt szybka, a dzieci lubią się śmiać.

Kiedyś ktoś małej powiedział, że nie musi być idealna. Że przed nią całe życie pełne fajnych rzeczy, z których będzie się mogła cieszyć. To od tej chwili mała trwała w swojej słodkiej naiwności, a do szczęścia nie potrzebowała ani uznania, ani pieniędzy. Wystarczyła jedynie ciepła czekolada i całus mamy na dobranoc.

Brakuje mi ciebie, mała.

wtorek, 19 września 2017

Jak zacząć walkę z czasem, czyli pierwsze kroki w kierunku organizacji





Tak, zgadza się, powoli uczę się zorganizowania. Ach, czas najwyższy dorosnąć... Nie no, nie bójcie się, to się tak prędko nie zdarzy. Za to uczę się na błędach i przychodzę z pomocą tym, którzy tak jak ja wcześniej nie wiedzą od czego zacząć.
Jeśli organizacja jest dla ciebie czarną magią, a twoje umiejętności planowania są obecnie na poziomie minus milion przybij piątkę. Ten poradnik jest właśnie dla ciebie.

Zapanuj nad bałaganem zanim on zapanuje nad tobą.

To prawdopodobnie najmniej przyjemny krok w kierunku organizacji, za to jaki ważny. Porządek na biurku i w szafkach to coś nad czym pracowałam dłuugo. Za to w końcu po litrach wylanych łez i potu wiem, dramatyzuję udało mi się go osiągnąć.
I wiecie co? To okazało się zbawienne dla mojego mózgu. Już nie musi pamiętać gdzie położył książki. Ani zeszyty. Wszystko ma swoje miejsce.
Za to artystyczny mess na podłodze pozostał. No ale wiecie, nie mogę zatracić w tym wszystkim siebie, nie? Zresztą musiałabym kasować cały punkt w opisie o mnie. Nie chce mi się.

Kalendarz jest twoim przyjacielem. Daj mu szansę.

Uwierz mi, taki kalendarz jest bardzo pomocny. Dzięki niemu masz wgląd na wszystkie ważne wydarzenia i prace do wykonania, a jednocześnie wiesz jak mniej więcej rozłożyć obowiązki w czasie. Nauczycielka zapowiedziała sprawdzian z matmy? Zapisujesz. We wtorek masz ważne spotkanie? Zapisujesz. Bułka z masłem.
Do tego wystarczy byle kalendarz w telefonie, ale jeśli lubisz bajery, Bullet Journal jest świetnym rozwiązaniem. W jednym notesie możesz mieć wszystko. Plany na każdy dzień, tydzień, miesiąc, listy rzeczy do zrobienia, celów do osiągnięcia. Polecam poczytać na ten temat i stworzyć sobie taki planer. Ja jestem w trakcie testowania swojego i jak na razie świetnie się sprawdza ;D.

Pisz, pisz i jeszcze raz pisz.

Im mniej zaśmieca głowę, tym lepiej. Z moją sklerozą jestem zmuszona zapisywać właściwie wszystko. U mnie najlepiej sprawdzają się kolorowe samoprzylepne karteczki. Przylepiam je wszędzie. Do szafy, biurka, czasem podłogi. Widać je z kilometra, nie ma bata, żeby o czymś zapomnieć.

Ustal priorytety.

Osobiście nie lubię planować każdego dnia. Czuję się wtedy taka ograniczona. Jeśli ty lubisz, to bardzo dobrze, a jeśli nie, nie musisz tego robić, ale pamiętaj, że są rzeczy ważne i mniej ważne. Załatwiając priorytety na samym początku gwarantujesz sobie samozadowolenie i spokojną głowę na resztę dnia. Wystarczy spiąć cztery litery i skupić się na konkretnym zadaniu, a poleci jak z płatka. Najważniejsze jest to, żeby nie odwlekać w nieskończoność. To zawsze się źle kończy.

Jasno wyznacz sobie cele.

Dzięki temu skupisz się głównie na nich zamiast zaprzątać sobie głowę tysiącami innych pierdół. Zdecydowanie łatwiej jest wykorzystywać czas w stu procentach jeśli wiesz, czego chcesz.

Znajdź specjalne miejsce na ważne dokumenty itp.

Może głupio to brzmi, ale za to jest bardzo praktyczne. Ja przeznaczyłam półkę w szafce na wszelkie dokumenty, zgody, kluczyki, czyli rzeczy które praktycznie gubię co rok. Chyba dobry sposób, choć jestem prawie pewna, że po jakimś czasie nie będzie mi się chciało już ich tak odkładać. Mam nadzieję, że jesteście mniej leniwi, aczkolwiek

Odrobina lenistwa jeszcze nikogo nie zabiła.

 Do obowiązków trzeba podchodzić z głową i w tą drugą stronę też nie można przesadzać. Po każdym wykonanym zadaniu należy ci się zasłużony odpoczynek. W ciągu dnia na pewno znajdziesz sporo czasu dla siebie, aż żal nie skorzystać.


Dodalibyście coś do tej listy? :D
Do napisania!

niedziela, 10 września 2017

OBSESJE WRZEŚNIA

Jeej. Nazbierałam trochę nowych genialnych rzeczy i nie omieszkam się z wami nimi podzielić.
Panie i panowie, o to przed wami druga część odkryć Sowy. Słyszycie te fanfary w tle? A, sory, to tylko szczekające psy pod moim oknem. Zero szacunku dla sąsiadów.

1. Książka.
Nie mogłam się zdecydować, to macie aż trzy pozycje. Dostanę rozgrzeszenie?
PONAD WSZYSTKO
Jakoś tak mam słabość do wzruszających młodzieżówek. Sama nie wiem czemu. A ,,Ponad wszystko" to trochę nietypowa książka, więc ten, ja ją lubię. I dzięki niej wiem, że narodowa ryba stanu Hawaje nazywa się humuhumunukunukuapua. Jak mogłam żyć nie mając o tym pojęcia?
Wracając do książki, wyobrażaliście sobie kiedyś co by było, gdybyście mieli alergię na cały świat? Zero wychodzenia z domu. Zero szkoły. Zero jakichkolwiek przyjaciół.
Tak właśnie wyglądało życie Maddy. Do czasu, kiedy wyglądając przez okno swojego białego, sterylnego pokoju napotkała spojrzenie ubranego na czarno chłopaka. Od tej pory Maddy pierwszy raz w życiu zaczyna żałować, że nie może żyć jak normalna nastolatka.
Czasem śmieszna, czasem wzruszająca, momentami zaskakuje. Jak najbardziej polecam.


BÓG W WIELKIM MIEŚCIE
Tak, zdaję sobie sprawę, że pewnie większość z was nie ma zbyt wiele wspólnego z wiarą czy Kościołem. Ale ja mam, a to moi ulubieńcy, więc nie macie nic do gadania. Szach mat ;D.
Autorką tej prześlicznej książki jest Katarzyna Olubińska, dosyć znana dziennikarka. Co w niej znajdziecie?  Na pewno Boga. W wielkim mieście.
To taka jakby sklejka wywiadów z gwiazdami na temat wiary, oraz osobistych doświadczeń i historii z życia autorki. Właściwie nie potrafię tego wytłumaczyć, ale ta książka jest jakaś taka, poruszająca. Dowodzi, że wśród warszawskiego szumu też można trzymać się Boga. I być naprawdę szczęśliwym.

OSTATNI MOHIKANIN
Mówiłam już, że kocham Indian?
Książka z serii każdy zna, ale nikt nie czyta. Jeśli klasyfikujesz się do tej grupy, leć do biblioteki. Serio, stare powieści mają swój urok.




2. Film.
Tak się zastanawiam i zastanawiam i serio nie wiem co napisać o tym filmie. ,,Moja łódź podwodna" to trochę dziwna i specyficzna komedia. Ciekawa pozycja, choć na pewno nie wszystkim się spodoba.
Opowiada o dorastaniu narcystycznego nastolatka, Olivera Tate'a, oraz jego pierwszej miłości, Jordanie. Szczerze mówiąc takich nieszablonowych bohaterów w filmie jeszcze nie widziałam.
Całość jest pięknie nagrana, każdy kadr to po prostu bajka. No i nie zapominajmy o świetnym soundtracku w całości skomponowanym przez Alexa Turnera z ,,Arctic Monkeys".
Jeśli chodzi o mnie- wpadłam po uszy.


3. Serial.
Właściwie mowa tu o "Monsterze" czyli moim drugim w życiu anime, za to jakim świetnym!
Dr. Tenma jest niezwykle zdolnym i szanowanym neurochirurgiem, na swoim koncie nie ma ani jednej nieudanej operacji. Niestety szpital, w którym pracuje jest mocno skorumpowany. Dyrektor selekcjonuje pacjentów. Do Tenmy trafiają jedynie bogaci ludzie na wysokich stanowiskach, podczas gdy ci biedniejsi umierają nie zaznawszy odpowiedniej opieki.
Pewnego dnia do szpitala trafia postrzelony w głowę chłopiec. Jego stan jest bardzo ciężki, lekarze nie widzą szans na przeżycie, jednak Tenma dobrze wie, że może go uratować. Już przystępuje do pracy, kiedy na salę operacyjną wpada pielęgniarz z wiadomością od dyrektora. Doktor ma zostawić chłopca, a zamiast niego zająć się ciężko rannym burmistrzem miasta. W tym momencie Tenma zdaje sobie sprawę, na jakiej zasadzie działa szpital, postanawia pierwszy raz sprzeciwić się szefowi i ratuje chłopca, Johana. Operacja przebiega pomyślnie, natomiast burmistrz niedługo potem umiera.
Decyzja Tenmy okazuje się być fatalna w skutkach. Doktor traci pracę, narzeczoną i szacunek lekarzy. W jeden dzień kończy się cała jego świetlana przyszłość. Na domiar złego chłopiec wraz z siostrą bliźniaczką znikają ze szpitala. Ale przynajmniej postąpił zgodnie z sumieniem, prawda?
Niestety, kiedy dochodzi do seryjnych morderstw, o które doktor zostaje oskarżony, już nie jest pewny swoich racji. Tym bardziej, że doskonale wie, kto jest ich sprawcą. Ale kto mu uwierzy, skoro morderca od wielu lat nie daje śladu życia? Kim tak naprawdę jest potwór? Czy każde ludzkie życie jest tyle samo warte?
Okazuje się, że prawda leży dużo głębiej. A wszystko zaczęło się od małej książki z obrazkami. W Dworze Czerwonych Róż.
Taak, ja wiem, opis jest troszeczkę długi, ale to naprawdę sama esencja z tego co się tam dzieje. Ten serial jest niesamowicie zagmatwany, psychologiczny i dający do myślenia. GE-NIAL-NY.
Muszę was ostrzec, że akcja choć trzyma w napięciu, jest prowadzona raczej wolno. Trochę trudne anime, ale na pewno nie pożałujecie. Serio. Arcydzieło.

4. Kosmetyk.
Moja ulubiona ostatnio maseczka oczyszczająca z firmy "Bania Agafii". Rosjanki to jednak znają się na rzeczy.
I taki tam uroczy bronzer z Lovely. Dosyć jasny, nie daje zbyt mocnego podkreślenia kości policzkowych, ale można budować intensywność. Mi tam pasuje. Ładnie pachnie.



5. Piosenka.
A nawet dwie <3!




6. Miejsce.
Pierwszy raz byłam w Kadzielni, w Kielcach. I powiem wam, że świetne miejsce. I koncert na przebój lata Polsatu też niczego sobie.
Jakby ktoś nie wiedział jak wygląda to macie zdjęcie od wujka Google. Enjoy.



Ach, tyle rzeczy, jest czym się zachwycać :D.
A co wy ostatnio odkryliście?
Buziaki!

piątek, 1 września 2017

BACK.


Argh. Zawsze wkurzały mnie blogerki, które pojawiały się raz na ruski rok, żeby wstawić posta z przeprosinami za długą nieobecność, po czym znowu znikały. Cóż, najwyraźniej stałam się jedną z nich. To się nazywa ironia losu.
Dlatego nie mam zamiaru tak łatwo dawać za wygraną. Dosyć patrzenia na te ulatujące niczym przebiegłe mewy nad Kołobrzegiem, obserwacje. Przecież nadal kocham to miejsce. Nawet bardziej niż sok pomarańczowy. Bardzo bardzo.
-chwila ciszy na pamięć pięknego akapitu który napisałam wczoraj w nocy, a dzisiaj się usunął-
Tęsknię [*]
No to co moi drodzy, gotowi na rok szkolny? Bo jeśli chodzi o mój mózg, podejrzewam, że ugrzązł gdzieś zakopany w piasku pod zimnym Bałtykiem i ani myśli wracać. Zresztą zdjęcie powyżej mówi samo za siebie. Ech, ten biol-chem to jednak nie był najlepszy pomysł. Ale spokojnie, przed nami jedynie dziesięć miesięcy przepełnionych wczesnym wstawaniem, pisaniem ściąg na wygryzionych skrawkach papieru i wymyślaniem nowych sposobów na przełożenie sprawdzianu. Może być nawet ciekawie. Szczególnie, że na rozpoczęcie idę w szpilkach, także może zaliczę jakąś ciekawą glebę. Paradoksalnie na obcasach jeszcze mi się nie zdarzyło, za to mam niezwykłą wprawę w potykaniu się w płaskich butach na asfalcie. To dopiero niespotykana zdolność.
Jednocześnie cieszę się z tych wszystkich nowych wyzwań w tym roku. A będzie ich sporoo. Obawiam się, że będę zmuszona wysilić (bardzo) głęboko skrywany zmysł planowania. W życiu jeszcze nie trzymałam się żadnej listy. A nie, sorka, była taka jedna, całkiem długa. Lista zakupów.
W bitwie ja vs organizacja zawsze przegrywam. Ale oczywiście będę was o wszystkim informować na bieżąco, w końcu blog to kolejna rzecz, za którą chcę się porządnie wziąć.
A i obiecuję, że na razie koniec ze wpisami o niczym. Będzie tematycznie i fantastycznie. A jak!
Ciao,


piątek, 23 czerwca 2017

Chaos, chaos, chaos




















.






Aaaa. Chyba zginę w huraganie własnych myśli. Serialnie.
Wyobraźcie sobie, że ktoś dostaje się do waszej głowy, otwiera wszystkie szafki opatrzone etykietą "nie dotykać pod żadnym pozorem" i miesza, miesza, miesza.
Jestem całkowicie trzeźwa, przysięgam :P.
Jedną ręką składam papiery, drugą pakuję walizkę, a myślami jestem już pod gwiazdami nad jeziorem. Do tego po wycieczkach nijak nie mogę wyrzucić z głowy Despacito.
Ale wszystko ze mną w porządku. Prawda?
Jeśli ktokolwiek jeszcze zagląda na tego bloga i zastanawia go moja, jakby nie było, dość długa nieobecność, miałam masę spraw do załatwiania.
Wiecie, koniec gimnazjum, wejście w dorosłość, wyfrunięcie z rodzinnego gniazda i zderzenie z wielkim światem...
Ekhem, dobra, aż tak dramatycznie nie jest.
Ale jest bal, zakończenie, wnioski i wredna jędza od muzyki. Miałam prawo mieć przerwę? Miałam. 
Tak czy inaczej wyniki z egzaminu dobre, średnia dobra, to do liceum się raczej dostanę. I gitara, nie wiem jak wy, ja dziś robię sobie woolnee.






























Jeśli jesteście ciekawi co u mnie, humor mam bardzo dobry, a planów- mnóstwo ;D. Trochę mi tylko żal, że wyrosłam z miana gimbusa. Łezka się w oku kręci na wspomnienie karyńskich brwi, wiecznego disco polo i wyrytych w ławce fiutów. Ale o tym może więcej w którymś z następnych postów. Nie o męskich genitaliach, ale o gimnazjum rzecz jasna.
 
Wiecie, dopiero przy przygotowaniach na bal zauważyłam jak bardzo dorośliśmy. Znam tych ludzi od 9 lat, dzisiaj ledwo ich poznaję. Jesteśmy całkowicie różni, a tak łatwo nam się dogadać. Właściwie ledwo się poznaliśmy i już musimy się żegnać. Czas płata figle, nie ma co.
 
Sama nie wiem jakim cudem teraz ze stoickim spokojem stukam w klawiaturę, a jeszcze momencik przed tą chwilą miałam Bierzmowanie, egzaminy, bal. Ba, niedawno pierwszy raz po wakacjach usiadłam w mojej starej, ukochanej ławce i pomyślałam: kurde, to będzie dobry rok.
Wczoraj wróciłam do tej ławki po raz ostatni. Kiedy puściły nam hamulce i beczeliśmy jak dzieci, zrozumiałam,
kurde, to był dobry rok.
A potem oklaski ucichły, przestaliśmy płakać. Przez trzy minuty staliśmy w zupełnej ciszy. To były piękne trzy minuty.
Dziś w głowie nadal mam nieokiełznany chaos, a mimo to wiem, że te trzy lata cholernie dużo mnie nauczyły. Strach pomyśleć ile się jeszcze nauczę do momentu, w którym wbije osiemnastka.
 
No dobra, Sowa, nie wybiegaj w przyszłość, przed nami wakacje. To co, podbijamy wielkie miasta?

*chamska reklama*
Zajrzyjcie do poprzedniego postu z wierszem i powiedzcie, czy jest bardzo denny. Dziękuję ;D.

sobota, 17 czerwca 2017

pomoc


                        czasem jestem ptakiem
                       lecę
                       mali ludzie wyciągają małe ręce
                       nie złapię
                       ciekawe kiedy zrozumieją
                       nawet szept zakłóca ciszę sumienia